foto: Aurelia Kornaga

"Nigdy nie mów nigdy" z Sylwią Klatka, osobą, która utwierdza w przekonaniu, że do szczęścia niewiele potrzeba.

Co takiego? Uśmiech drugiego człowieka.

 

- Zaryzykuję stwierdzeniem, że wszystko zaczęło się od skrzypiec. Słyszałam, że dziadek był Twoim mentorem muzycznym.


-  Niezupełnie wszystko zaczęło się od skrzypiec (uśmiech). Skrzypce zaistniały w moim życiu bardzo późno, ale rzeczywiście - pradziadkowie i dziadkowie w mojej rodzinie grali na skrzypcach. Pamiętam jak dziś sytuację, kiedy miałam ok. 6 lat i jeden z dziadków zapytał czy nie chciałabym chodzić do szkoły muzycznej na skrzypce - chciałam; nawet mama pamięta tę sytuację, ale przekonanie, że szkoła muzyczna to mnóstwo obowiązków połączonych dodatkowo ze szkołą obowiązkową,  odsunęło ten pomysł na dalszy plan, jednak skrzypce zawsze do mnie wracały. Gdzieś wewnętrznie marzyłam, żeby zacząć grać. Kiedyś założyłam się z koleżanką, że zagram jej „100 lat” na skrzypcach; nauczyła mnie gry inna koleżanka z klasy i zakład wygrałam (śmiech). Ten niepozorny epizod przekonał mnie, że naprawdę mogę grać. Byłam wtedy w liceum. Każdy kogo zapytałam, twierdził, że jest za późno na naukę, osoby, które chcą nauczyć się grać, zaczynają od najmłodszych lat i przez większość życia muszą pilnie ćwiczyć.  Posłuchałam tych „dobrych rad” od osób mających do czynienia z muzyką i uznałam, że wiedzą lepiej ode mnie.  Po liceum rozpoczęłam studia. Dużo zajmowałam się sportem i startami w zawodach - od 14. roku życia ćwiczę sztuki walki. Nie skłamię, jeśli powiem, że wychowałam się na macie (śmiech). W liceum trenowałam praktycznie codziennie, na studiach przez weekendy i to był naprawdę cudowny dla mnie czas. Jak wspomniałam, skrzypce „wracały do mnie”, jednak podczas okresu studiowania nie było możliwości, aby rozpocząć naukę gry. Studiując zawód medyczny miałam sporo obowiązków na uczelni, dodatkowo treningi, a moi lokatorzy na stancji nie znieśliby że ćwiczę 1,5 - 2h dziennie. Postanowiłam więc, że jak skończę studia to za pierwsze zarobione pieniądze kupię skrzypce i rozpocznę naukę dla samej siebie. Tak też zrobiłam. Za pierwszą wypłatę kupiłam instrument - oczywiście były to bardzo zwykłe skrzypce, ale na początek wystarczyły. Rodzina chyba nie do końca wierzyła, że zajmę się tym na poważnie, tylko, że będę grała sobie coś tam od czasu do czasu. Szczerze, patrząc na siebie wtedy, nigdy nie uwierzyłabym, że będę kiedykolwiek grała na jakichś uroczystościach, na scenie czy w zespole. Po pewnym czasie, postanowiłam znaleźć kogoś, kto da mi prywatne lekcje. Pani Olga Łuka, ucząca wtedy w szkole muzycznej w Lubaczowie, zgodziła się. Pomimo mojej dużej determinacji, brakowało mi dodatkowego punktu motywacyjnego.  Skrzypce lubiłam nie tylko w romantycznym wydaniu, ale i w połączeniu z cięższą muzyką. Słuchałam wtedy dużo utworów Michała Jelonka, którego parę lat później miałam okazję poznać osobiście. Pewnego dnia wpadłam na pomysł, żeby założyć własny zespół. Pomysł był z jednej strony śmieszny, bo choć coś tam grałam, to nie pamiętałam jeszcze dokładnie jak nazywają się dźwięki na skrzypcach. Z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że wtedy umiałam prawie tyle co nic (śmiech), jednak ku mojemu zaskoczeniu pomysł szybko udało się wprowadzić w czyn i tak powstał zespół „Ad Vice” (uśmiech).


-  Miewałaś takie chwile, że jednego czego pragnęłaś było to, żeby odłożyć skrzypce w kąt i nigdy więcej po nie, nie sięgać?


- Tak. Wielokrotnie dochodziłam do wniosku, że nauka gry na skrzypcach jest niemożliwa.  Skrzypce nie mają progów, palce na gryfie trzeba stawiać idealnie, aby dźwięk był czysty, przesunięcie palca o milimetr już powoduje fałsz. Kolega grający na gitarze twierdził, że trzeba być wiedźmą, żeby nauczyć się grać na czymś takim.  Było wiele dni, kiedy chciałam rzucić skrzypcami o ścianę; stałam załamana, bo wszelkie próby nauczenia się czegoś nowego mnie przerastały. Dzisiaj zresztą też bywa podobnie, ale obecnie podchodzę do tego z większym dystansem i daję sobie czas na pewne rzeczy. Zawsze dużo od siebie wymagałam, a wtedy brakowało po prostu mi cierpliwości do samej siebie.  Zaczynałam uważać, że ci wszyscy mieli rację, że nie można zaczynać nauki w wieku 23 czy 24 lat, bo to niewykonalne, że po prostu się pomyliłam… Naprawdę nie wiem czemu się wtedy nie poddałam. Przetrwałam jakoś te kryzysy.  Dalej chodziłam na lekcje, a potem zapisałam się do ogniska muzycznego.

 
- Grałaś w zespole „Ad Vice”, po czym nagle zostałaś uczestniczką  projektu „Muzyka ponad podziałami”.


-  Zespół „Ad Vice” w pewnym momencie zakończył działalność. Nie mając wyboru sama podjęłam taką decyzję. Spowodowana była wyjazdem części składu zespołu i brakiem możliwości zastąpienia brakujących osób. Jednak wiele się w tym zespole nauczyłam , poznałam wartościowych ludzi, zdobyłam pewne doświadczenie, a także przeżyłam wiele niesamowitych chwil. Projekt „Muzyka ponad podziałami” był pomysłem, który wykreował się podczas jednego ze spotkań towarzyskich (śmiech). Wraz ze znajomymi, nie wiedzieliśmy czy coś takiego uda się zrealizować i jak się do tego zabrać. O pomoc w napisaniu projektu unijnego, zwróciliśmy się do pani Beaty Paluszek, która nie tylko pomogła nam od strony formalnej, ale również została jego koordynatorką. Projekt został zaakceptowany. Uzyskaliśmy fundusze m.in na nagranie płyty oraz szansę pokazania, że muzyka może cieszyć i dawać radość nie tylko tym, którzy ją tworzą, ale też tym, do których jest adresowana. Miałam poważne wątpliwości czy posiadam odpowiedni poziom muzyczny, aby wziąć w tym przedsięwzięciu udział.


- Na czym polegał udział w projekcie?


- Zostało wybranych pięć krajów, z których każdy miał skompletować własny zespół – Łotwa, Bułgaria, Włochy, Czechy i oczywiście Polska. Każdy zespół miał przygotować u siebie po dwa utwory o tematyce przyjaźni, wspólnego działania, przełamywania barier. W określonym terminie spotkaliśmy się wszyscy na wspólnych warsztatach w Suścu, gdzie wymienialiśmy doświadczenia i pracowaliśmy tworząc wspólne utwory. Uwieńczeniem  projektu było nagranie wspólnej płyty w Studio w Sieniawie.


- Jak wspominasz warsztaty?


- Można powiedzieć, że był to moment przełomowy.  Nie chodziłam do szkoły muzycznej, o czym wcześniej wspominałam, nie jestem profesjonalistką, ponieważ muszę się jeszcze bardzo dużo nauczyć, a było mi dane spotkać się z osobami, które swoimi umiejętnościami czy doświadczeniem muzycznym przewyższały mnie znacznie. Dostałam skuteczny zastrzyk mobilizujący do szybkiej pracy.  Działając w grupie, fajnie jest mieć pomysły i to nie tylko w głowie, ale też umieć je przedstawić muzycznie, trzeba mieć pewne wyobrażenie muzyczne - np. w moim przypadku wiedzieć jak wstawić skrzypce, aby urozmaicić utwór, ale też nie przesadzić. Projekt właśnie na tym polegał, aby każdy mógł dać coś od siebie i w równym stopniu się zaangażować. Niesamowite było to, jak wszystkie elementy zaczynają się ze sobą łączyć. Utwór, który stworzyliśmy i nagraliśmy wspólnie „Każdy inny, wszyscy równi” powstał w siedem godzin, a brało w nim udział dwadzieścia pięć osób! Dla mnie to było niesamowite, że udało się stworzyć coś tak niesamowitego, umieszczając w jednym utworze tak dużą liczbę osób, a każda z nich miała swój widoczny i słyszalny udział - nikt nie został pominięty. Mimo, że każda zwrotka jest zaśpiewana w innym języku to wspólne brzmienie jest w nim naprawdę wyjątkowe. Udział w projekcie to jedno z moich najwspanialszych doświadczeń życiowych.


 - Jakie kryteria braliście pod uwagę zapraszając kolejne osoby do zespołu?


- Skompletowanie zespołu nie było łatwe. Poza pomysłodawcami projektu, brakowało nam jeszcze parę osób do pełnego składu. Zależało nam na osobach, które nie tylko posiadają pewne doświadczenie muzyczne, ale też mogą wnieść coś ciekawego. Pomysł pomysłem, ale najważniejsza była zgoda tych osób, jednak z tym, jak się okazało, nie było najmniejszych problemów, zgodziły się one od razu. I tak oto uzyskaliśmy pomieszany skład: ja z Gosią (skrzypce) grałyśmy wcześniej w zespole rockowym i w kościele, Mateusz (bas) i Kuba (gitara prowadząca) grali reagge i ska, Jacek (perkusja) i Patryk (gitara solowa) grają w zespole religijnym o stylu rockowym, Gabriel (wokal) śpiewał w zespołach rockowych. I tak powstała dzisiejsza Faktura.


- Zamiar był taki, że na projekcie kończycie swoją działalność, a jak widać Faktura nadal istnieje.


- Dokładnie taki był plan - dobieramy się, tworzymy wspólnie muzykę, dziękujemy i się żegnamy. Sami się tego nie spodziewaliśmy. Przełom nastąpił podczas naszych warsztatów w Suścu, widzieliśmy,
że dobrze nam się gra ze sobą i jest to różnorodne, ponieważ Faktury nie można zaliczyć do jednego gatunku muzycznego, na czym bardzo nam od początku zależało. Na koncertach gramy muzykę reggae, rockową, a także SKA. Przynosiło nam to sporo radości. Jak się okazało, słowa „nigdy nie mów nigdy”, znów okazały się prawdziwe. Mieliśmy czas i możliwości, to czemu z tego nie korzystać? Skoro cieszyło nas to, co robimy, postanowiliśmy kontynuować naszą działalność. Efekt końcowy projektu zaskoczył nas wszystkich - wyszło dużo lepiej niż się spodziewaliśmy, co było dla nas dodatkową motywacją. Faktura została przyjęta przez publiczność z ogromnym entuzjazmem, który z koncertu na koncert stawał się coraz większy. Wielokrotnie słyszeliśmy okrzyki o bisy - to była najlepsza nagroda za to, co robiliśmy czy tworzyliśmy. Takie momenty były dla nas bezcenne. Szybko zaczęliśmy dostawać propozycje koncertów w innych miastach i to w różnych miejscach. To było dla nas kolejne bardzo pozytywne zaskoczenie.


- I dzięki temu Faktura nadal cieszy innych swoją muzyką. Macie plany co do kolejnych projektów?


- Był pomysł na projekt w zeszłym roku, ale z różnych powodów nie można było go zrealizować. Z chęcią zaangażowałabym się w kolejny muzyczny projekt, ale jest to trudne, chłopaki w zeszłym roku poszli na studia i zatrzymaliśmy się w pewnym punkcie. Stworzone przez nas utwory oraz własnej aranżacji covery nagrywamy w studio „UnderTheMask” w Lubaczowie. Chciałabym nadal kontynuować grę w zespole, ale nie wszystko ode mnie zależy. Grając ostatnio koncert charytatywny dla chorej Karolinki, miałam świadomość, że teraz zagramy i nie wiadomo kiedy będzie następny raz. Jacek jest w Lublinie, Patryk w Warszawie, przez co nie przyjeżdżają tu zbyt często. Wiedzieliśmy, że taki moment nastanie. Faktura oprócz dawania satysfakcji, także kierowała dalszym rozwojem muzycznym osób, które pojawiły się w jej składzie. Co będzie dalej, szczerze mówiąc nie wiem, jednak mam nadzieję, że to nie koniec tej przygody.


- Początkowa nazwa zespołu „FUCKtura” ustąpiła miejsca „Fakturze”. Skąd taka zmiana?


- Z „FUCKturą” było dużo problemów. Obawiałam się tego, kiedy nazwa powstawała, ale nie myślałam o tym zbyt intensywnie, gdyż nie spodziewałam się, że tak szybko zaczniemy dostawać poważne dla nas propozycje muzyczne. „FUCKtura” kojarzyła się ludziom źle, moja przyjaciółka z TV Podkarpackiej myślała, że nasza muzyka jest agresywna, przepełniona wulgaryzmami (na co nakierował ją początek nazwy „FUCK”). Jak sama stwierdziła, była w pozytywnym szoku, gdy nas usłyszała. Zaproponowała mi, żebym zastanowiła się nad zmianą nazwy. Bałam się tego, że jak będziemy dostawać więcej propozycji i ludzie, patrząc na zapowiedź koncertu zespołu o nazwie „FUCKtura”, zrezygnują z niego. Zmianę ustaliliśmy wspólnie, nigdy nie było tak, że sama decyduje o wszystkim. Pełniłam rolę menedżerki zespołu, po prostu musi być ktoś od załatwiania niektórych spraw, ale wszystkie ważne decyzje omawiamy razem.  Zmiana wyszła nam na dobre, co prawda, na facebooku funkcjonujemy jeszcze ze starą nazwą, ale przestaliśmy się nią oficjalnie posługiwać. Facebook blokuje możliwość zmiany nazwy, jeśli strona przekroczy liczbę 300 „polubień”. Nasza strona przekroczyła ją bardzo szybko, co nas akurat niebywale ucieszyło (uśmiech).


- Słyszy się dużo o Tobie jako o organizatorce koncertów charytatywnych.


- Z jednej strony bardzo mi miło, że tak mnie ktoś kojarzy, a z drugiej muszę zaznaczyć, że nie jestem jedyną osobą działającą w tym obszarze w Lubaczowie, są także inni, którzy organizują takie wydarzenia. Z tego powodu, doszło na jesieni ubiegłego roku do małego zamieszania przy koncercie dla małej Karolinki. Początkowo miałam być współorganizatorką tego koncertu, jednak poszłam na Pieszą Pielgrzymkę do Częstochowy; idąc miałam wyłączone dźwięki w telefonie, nie miałam możliwości załatwiania często pilnych spraw związanych z tym koncertem. Oprócz Filipa Mettlera dla młodzieży, miała pojawić się jeszcze tego wieczoru jedna - bardzo znana gwiazda dla dorosłych. W pewnym momencie dostałam ultimatum - Filip musiał ostatecznie się zdeklarować co do przyjazdu tutaj, a druga gwiazda nie potwierdzała czy wybrany termin jest odpowiedni. Idąc w pielgrzymce nie byłam w stanie znaleźć w jednej chwili rozwiązania, wykonując przy tym całą masę telefonów, aby wszystko załatwić. Musiałam się wycofać. Organizacją koncertu zajęła się w pełni Młodzieżowa Rada Miejsca w Lubaczowie. Faktura dostała propozycję zagrania na tym koncercie, którą z entuzjazmem przyjęliśmy. W ten sposób wzięłam udział w koncercie - ze skrzypcami w ręce - nie jako organizator (uśmiech).


- Jednakże pojawienie się Eweliny Flinty w Lubaczowie było zainicjowane przez Ciebie.


- Faktura była pomysłodawcą tego koncertu. Wcześniej nie zdawałam sobie sprawy jak może wyglądać taka organizacja. Nie miałam o tym pojęcia, bo nic podobnego nigdy nie robiłam. Początkowo  myślałam o zagraniu koncertu przez zespoły lubaczowskie, jednak ktoś mi powiedział: „ A co ci szkodzi spróbować - dzwoń do znanych gwiazd i artystów, może akurat ktoś się zgodzi, nigdy nie wiadomo”.  Wykonałam mnóstwo telefonów, rozmawiając z menedżerami największych wykonawców  przeróżnej muzyki w Polsce.  Jedną z nich była pani Anita Bartosik - menedżerka Eweliny Flinty. Opowiedziałam jej o koncercie i kiedy usłyszałam od niej pytanie: „Czy będziecie w stanie spełnić warunki techniczne i nagłośnić koncert?”, byłam wniebowzięta, pojawiło się światło w tunelu (uśmiech). Dyrektor Szkoły Muzycznej w Lubaczowie zgodził się, aby koncert odbył się właśnie tam. Mieliśmy miejsce, ale nadal pozostawała kwestia sponsoringu - bez niego koncert by się nie odbył. Nasz Powiatowy Bank Spółdzielczy w Lubaczowie był głównym sponsorem koncertu, ale także pomagał w organizacji. Podobała mi się bardzo nasza współpraca, byłam pełna wdzięczności, że tak się angażowali, a dodatkowo byli otwarci i zadeklarowali chęć pomocy przy następnych takich akcjach. Koncert odbył się pod nazwą projektu, czyli „Muzyka ponad podziałami”, a kwota jaką zebraliśmy to prawie osiem tysięcy złotych. Aż do pojawienia się Eweliny, miałam ciągłe obawy. Bałam się, żeby coś złego się nie stało, modliłam się w duchu, aby wokalistka dotarła i żeby wszystko poszło po naszej myśli. Nie byliśmy pewni co do frekwencji ludzi na tym koncercie, a okazało się, że zgromadziły się takie tłumy, że nie wszyscy zostali wpuszczeni na salę koncertową. Dowiedziałam się potem, że nawet ci, którzy się nie zmieścili, odchodząc, wrzucali do puszki przygotowane na koncert pieniądze. Po występie, publiczność była bardzo zadowolona. Dotarło do mnie mnóstwo pozytywnych opinii, co mocno mnie ucieszyło. Ewelina została przyjęta przez publiczność bardzo ciepło i z dużym entuzjazmem, nie dziwię się - wraz ze swoją ekipą wykonali fantastyczny koncert! Całe przedsięwzięcie w podsumowaniu uważałam za ogromny sukces - przede wszystkim dlatego, że chora dziewczynka Patrycja otrzymała niezbędną pomoc. Nie był to sukces jednej osoby - faktycznie byłam osobą spinająca wszystko w całość, jednak wiele osób mi pomagało. Gdybym chciała spisać wszystkich tych, którzy w większym czy w mniejszym udziale przyczynili się do tego koncertu - lista byłaby długa!  


- Skąd u Ciebie idea pomagania?


- Nie wiem (uśmiech). Ja chyba mam to w sobie. Mimo wszelkich trudności, wynikających z organizacji koncertu, łzy, podziękowanie rodziny chorej Patrycji oraz jej uśmiech były dla mnie najcudowniejszym prezentem.  Nie chcę też stawiać siebie w takim świetle, że jestem „cudowna”, bo pomagam, bo są też inne osoby, które to robią, poświęcają swój czas, aby przyczynić się do czyjegoś uśmiechu. Kiedy udaje się komuś pomóc, człowiek zyskuje ogromną motywację do dalszego działania - tak było w moim przypadku po koncercie „Muzyka ponad podziałami”. Bardzo żałowałam tylko, że nie miałam okazji poznać osobiście pani Anity Bartosik (menedżerki Eweliny), bo jest naprawdę niesamowitą osobą! Myślę, że wiele mogłabym się od niej nauczyć. Cała ekipa okazała się sympatyczna, spędziliśmy razem wieczór, a potem nawet śniadanie (śmiech), szkoda było mi się z nimi żegnać. Ogólnie jestem zdania, że dobro, które ofiarujemy komuś poprzez pomoc, wraca do nas wielokrotnie. Nie jest tutaj ważne to, czy zyskamy dużo w oczach innych, że staniemy się superbohaterami, tylko to, aby osoba potrzebująca pomocy ją otrzymała. Dla mnie cudownym momentem było otrzymanie zaproszenia na Pierwszą Komunię Świętą dziewczynki, dla której organizowany był koncert Eweliny Flinty. Byłam zaszczycona, że mogłam tam się pojawić. To jest właśnie to dobro, które wraca i mobilizuje do dalszego działania.


- Masz w planach kolejne koncerty charytatywne?


- Tak, jednak nie jest to proste. Problemy zawsze się pojawiają, tylko w różnych momentach. W zeszłym roku przez sześć miesięcy walczyłam o ustalenie terminu koncertu przez uznanego w Polsce wielkiego artystę, który jak mnie poinformował jego menedżer - zgodził się na koncert. Ustaliliśmy nawet wstępne warunki ich przyjazdu i kwestie techniczne. Z jednej strony wyrazili chęć pomocy, a z drugiej mijał miesiąc, drugi, trzeci.. Dzwoniłam tak w kółko i przypominałam się ile mogłam. Słyszałam ciągle: „Tak, oczywiście pamiętam, ale nie potrafię jeszcze podać terminu”, „Jeszcze nie wiem, ale będziemy w kontakcie”.  Sześć miesięcy dobijałam się kiedy dziecko z chorym sercem czekało na pomoc i oni o tym wiedzieli. Miałam związane ręce, nie wiedziałam czy szukać kogoś innego - przecież ci panowie się zgodzili. Czułam, że coś mi nie pasuje, więc wykonałam inny ruch sprawdzający „intencje” pana menedżera - zaproponowałam mu spotkanie na kawie – napisałam, że będę w tym mieście, gdyż muszę oddać skrzypce do przeglądu u dobrego lutnika i zapraszam go na spotkanie - termin i godzinę, czy miejsce on wybierze i będziemy mieć okazję do porozmawiania o szczegółach koncertu. Po tej propozycji, menedżer przestał reagować na moje telefony i maile. Sprawa była jasna. Szkoda tylko, że wcześniej nie wiedziałam na czym stoję - może udałoby mi się jeszcze znaleźć innego wykonawcę, a tak było już za późno. Od stycznia do czerwca to trwało, a w okresie wakacyjnym gwiazdy zazwyczaj wyjeżdżają w trasy lub grają całą masę koncertów. Minęło pół roku, byłam jednocześnie wściekła i załamana. Nie wiem czy zdawali sobie do końca sprawę z tego, co robią, ponieważ na samym początku zaznaczyłam, że to dziecko jest chore na serce, czeka na operację, która zaważy na jego życiu i ważny jest tutaj czas. Nie mieści mi się w głowie, że decydując się na koncert i wiedząc, że czas odgrywa największą rolę, ktoś po pół roku rezygnuje. Po tym rozczarowaniu, nadeszły wakacje, poszłam na pielgrzymkę, później pojawił się w Lubaczowie Filip, miałam gwiazdę, która była chętna zagrać, tyle, że tydzień po koncercie gwiazdy z X Factora. Jednak uznałam, że tygodniowy odstęp między koncertami może być za mały i lepiej jest poczekać. Lubaczów jest małym miastem i obawiałam się, że ludzi nie będzie stać na kolejny wydatek w ciągu jednego tygodnia. Nie zamierzam się jednak poddawać, jest początek roku, trzeba złapać oddech, brać się do roboty (uśmiech) i podejść do tego z pewnym dystansem, gdyż nie wszystko jak już się przekonałam zależy ode mnie. Jednak czuję się odpowiedzialna kiedy daję komuś słowo i obiecuję pomóc. Zobaczymy - mam nadzieję, że kolejny pomysł uda się zrealizować (uśmiech).


-  Pracujesz aktualnie jako fizjoterapeutka. Co zadecydowało o takim wyborze zawodu?


- Moim marzeniem była medycyna, jednak za późno podjęłam tę decyzję i miałam do wyboru – rok przeczekać, uczyć się na prywatnych lekcjach, potem zdać testy na uczelnię medyczną albo wybrać zawód związany z medycyną. Miałam bardzo dużo kontuzji, aktualnie jestem po 14 złamaniach, przez co często lądowałam na rehabilitacji. Przychodząc na zabiegi, podobało mi się to, że pracując jako fizjoterapeuta, dużo rozmawia się z innymi ludźmi, a ludzie to chodzące książki - wiele można się od nich nauczyć. Każdy człowiek ma swoją życiową historię, opowiada o dobrych i złych momentach, zarówno wzruszających jak i odwrotnie. Studia początkowo były dla mnie szokiem, wszystko wyglądało inaczej niż dotychczas – dużo nauki, terminów, decyzji. Zawsze chciałam robić w życiu to, co lubię. Po studiach poszłam do pracy, która nie jest łatwa, ale i tak nie zadecydowałabym inaczej. Czuję, że w tej pracy w pewien sposób spełniam się. Będąc fizjoterapeutą, trzeba być cierpliwym i przede wszystkim asertywnym. Lubię ten moment, kiedy pacjent wychodząc z gabinetu po prostu uśmiecha się, bo czuje się lepiej (uśmiech).


- Czego chciałabyś dokonać w swoim życiu? O czym marzysz?


- Chciałabym w życiu robić coś dla innych, na przykład organizować koncerty charytatywne lub podobne akcje. Od wielu osób miałam okazje usłyszeć, żebym w końcu zajęła się trochę własnym życiem a nie ciągle czymś innym, ale żadna z tych osób nie pomyślała, że ja właśnie to robię. To wszystko daje mi ogromną radość, pozwala mi się rozwijać, poznawać nowych ludzi. Pod względem naukowym, pragnę się wciąż dokształcać. Pacjenci często pytają o różne rzeczy, więc chciałabym móc udzielać im odpowiedzi. Chciałabym nadal działać i rozwijać się w muzyce (uśmiech). Niezależnie w jakim kierunku będę podążać, chcę, aby to, co będę robić miało jakiś głębszy sens. Moje marzenia… hm.. są bardzo przyziemne i proste, ale chyba zachowam je dla siebie (uśmiech).

 

rozmawiała: Małgorzata Kuca

foto: Aurelia Kornaga, Robert Kryla

 

 

z ostatniej chwili:

 

Sylwia zagrała gościnnie w utworze "Renascence" zespołu UnderTheMask

zapraszamy do posłuchania, obejrzenia :